Maksymalnie 3 rodzaje czcionek na stronie to dobra zasada. My, nastoletni blogerzy, projektanci internetowej estetyki, mimo, że dopiero odrośliśmy od ziemi, poruszamy się w internecie już tyle czasu, że wiemy co robić, żeby 'sprzedać' nasz 'design'. Musi być biało, elegancko, nowocześnie - nie chcemy być przecież kojarzeni z naszymi pierwszymi stronami doprowadzającymi do oczopląsu przez nadmiar mrugających gifów i kopiowanych skryptów odliczających dni do wakacji; albo z nowymi w internetach, którzy dopiero co nauczyli się dodawać gradienty i te gadżety. Nie powinno się bawić konwencją, przeładowywać, oddziaływać za mocno na adresata wyglądem, jak to w życiu. Nie powinno się, jeśli się nie umie.
Minimalizm króluje, ale nie jest już oznaką wysokiej formy i wyrafinowanego gustu. Jest na to za prosty, zbyt wielu zna jego złote zasady. Responsywne, przejrzyste, spójne, minimalistyczne - to wystarczy, żeby miejsce w internecie było ładne, ale żeby zasługiwało na wyróżnienie za wygląd już niestety nie. 'Kafelki', model 'czerń, biel i jeden kolor'(wypowiadałam się o nim bardzo ciepło w zeszłym roku; zeszłym roku, a Wy nadal to macie) mają wszyscy, nic odkrywczego.
Content is a king. Odciąganie uwagi od treści nie jest pożądane. Czyżby? Czy nie po tworzyć ikonkę prowadzącą do naszego facebooka/instagrama, żeby ktoś w nią kliknął? Czy nie po to kreśliliśmy w męczarniach te parę słów o sobie, żeby ktoś wszedł w tę zakładkę? Nie jest to może najbardziej istotna część strony, ale nie przesadzajmy w drugą stronę ukrywając ją.
Gusta ewoluują, tak samo jak muzykę wybieramy coraz inną po przesłuchaniu coraz większej liczby utworów, tak po zobaczeniu określonej liczby rzeczy ładnych na inne szczegóły zwracamy uwagę i za najpiękniejsze uważamy. Żeby nie być gołosłowną zachęcam do badań socjologii muzyki - to się dzieje i to nie tylko przez uszy, wszystko w końcu spotyka się w mózgu.
Trochę czasu minęło od tekstu, gdzie wychwalałam pod niebiosa wszystko, co tu teraz degraduję. Musimy uaktualniać i łamać bezpieczne zasady, bo jesteśmy kontrkulturą - różną od mas zatykających oczy i uszy 'Faktem', na wyższym poziomie, artystyczną i intelektualistyczną bohemą, młodymi tego świata. Nie nazywamy siebie hipsterami i nie do końca nudzi nas to, co przeszło do mainstreamu, ale podziwiamy to, czego główna fala jeszcze nie obejmuje.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Internet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Internet. Pokaż wszystkie posty
20140614
20140225
Polska przeprasza za Glamour
Ogłupiające zdaniem niektórych kolorowe pisemko, które na co dzień możemy lubić za ładne zdjęcia i pewnego rodzaju wiedzę specjalistyczną(osadzoną w temacie - moda), podejmuje ważny, aktualny temat. Na swój sposób, w formie felietonu, przez pryzmat przedmiotu zainteresowania czytelników, z punktu widzenia młodej fashionistki - kogoś podobnie nam zupełnie nie przygotowanego na sytuacje kryzysowe, co postanowiła w tekście wyrazić. Skądinąd tekst mi się w wielu momentach podobał.
'To był moment, w którym zdałam sobie sprawę, że zapach spalonej gumy nie jest wcale nutą w ekstrawaganckich, niszowych perfumach' - rzadziej przytaczane pierwsze zdanie artykułu. Nosz piękne, jak zresztą cały pierwszy akapit, nienapiętnowany jeszcze infantylnymi wstawkami, jak ta, cytowana znacznie częściej o zdjęciach podczas rozdawania gryki. Po wstępie tekst zakrawa na ciętą krytykę społeczeństwa konsumpcyjnego i bohemy, nieprzygotowanych na realne zagrożenie, ale moim zdaniem nic nie szkodzi, że nim nie jest! Zamiast tworzonej za, a jakże, biurkiem w ciepłej redakcji, naszpikowanej ironią pisaniny dostajemy kawał prawdziwej relacji, z autentycznymi odczuciami(mimo, że większość myśli możemy sklasyfikować jako infantylne czy po prostu głupie; zrzućmy to na kark niedoświadczenia). Ach, na stos człowieka, którym są współczesne, wygodnickie nastolatki. Nie urodziły się z karabinem, co mogą wiedzieć o wojnie, która się dzieje w ich kraju?!
'To był moment, w którym zdałam sobie sprawę, że zapach spalonej gumy nie jest wcale nutą w ekstrawaganckich, niszowych perfumach' - rzadziej przytaczane pierwsze zdanie artykułu. Nosz piękne, jak zresztą cały pierwszy akapit, nienapiętnowany jeszcze infantylnymi wstawkami, jak ta, cytowana znacznie częściej o zdjęciach podczas rozdawania gryki. Po wstępie tekst zakrawa na ciętą krytykę społeczeństwa konsumpcyjnego i bohemy, nieprzygotowanych na realne zagrożenie, ale moim zdaniem nic nie szkodzi, że nim nie jest! Zamiast tworzonej za, a jakże, biurkiem w ciepłej redakcji, naszpikowanej ironią pisaniny dostajemy kawał prawdziwej relacji, z autentycznymi odczuciami(mimo, że większość myśli możemy sklasyfikować jako infantylne czy po prostu głupie; zrzućmy to na kark niedoświadczenia). Ach, na stos człowieka, którym są współczesne, wygodnickie nastolatki. Nie urodziły się z karabinem, co mogą wiedzieć o wojnie, która się dzieje w ich kraju?!
20130315
Wpis pośrednio egzaltowany, czyli moich ulubionych 7 aspektów estetyki internetu
Emocjonalny stosunek do internetowych treści przyswajanych zazwyczaj przy wyłącznym towarzystwie kubka herbaty? Jasne, przecież to jak czytanie dobrej książki. Nie mówię o kolejnych wpisach na samotnie przeglądanych serwisach z obrazkami kotów(nawet wtedy, kiedy koty są wyjątkowo słodkie i śmieszne, to rzadko kiedy zdołają wywołać choćby półuśmiech), ale na przykład uwielbianych przeze mnie historyjek z Łukaszkiem w roli głównej. Ale chyba tylko młoda adeptka informatyki - określana niestuprocentową kobietą przez brak makijażu i typowej kobiecej spostrzegawczości, a jednak posiadająca jakiś tam żeński pierwiastek objawiający się wrażliwością na szczegółowy wygląd, a nie tylko funkcjonalność przeglądanych portali - może czuć podekscytowanie na temat pewnych aspektów estetyki internetu. Przedstawiając je wirtualnym czytelnikom wyżej wspomniana może stać się dziwna nie do zniesienia. Było ostrzeżenie, teraz lista siedmiu rzeczy, które wprost uwielbiam, kolejność bez znaczenia:
1. Czcionka Courier. Niektóre treści nią pisana mogą wydawać się zbyt oficjalne, a osoby jej używające zostać sklasyfikowane jako sztywne i staroświeckie, ale proszę was - Courier jest tak wspaniale retro! Czcionka maszynowa na nowoczesnych i minimalistycznych stronach to najpiękniejszy moim zdaniem przykład eklektyzmu, jaki tylko udało mi się zauważyć. Ach i ta elegancja, i automatyczne +10 do powagi tekstu.
2. Jednowymiarowość. Chodzi tu głównie o loga, ikony i symboliczne obrazki. Niezaprzeczalnie 3D to coś wspaniałego, ale osobiście nie uważam go za technologię odpowiednią do tworzenia sygnetów. Zdecydowanie bardziej podobają mi się one maksymalnie uproszczone i zbudowane z prostych kształtów na zasadzie skojarzeń, jak np. broda Kolumbijczyka(poza tym uwielbiam ją za to, że jest bardzo dowcipnym symbolem).
3. Minimalizm(albo po prostu porządek). Jasne, że nie wymagam, żeby portale informacyjne redukowały swoją zawartość do jednej ramki, ale 10 atakujących mnie zewsząd ruchomych pasków z informacjami, bajecznie kolorowych reklam zasłaniających treść i innych odwracających uwagę dupereli nie sprawi, że nie zostanę na tej stronie choćby sekundy dłużej! Tak samo zresztą jak tandetne gify powstawiane na siłę. Nie zawsze więcej znaczy lepiej!
4. Duże obrazki. No, rozmiar niestety ma znaczenie(oczywiście, jeśli idzie w parze z odpowiednią rozdzielczością) - zorientował się o tym już jakiś czas temu zespół Facebook'a dając nam do dyspozycji narzędzie zdjęcia w tle, a ostatnio wstawienia dużego zdjęcia na stronę wydarzenia. Od dawna wiedzą to też blogerki modowo-lifestyleowe, rezygnujące czasem z nadmiernie przykuwających uwagę banerów, by głównym kolorowym elementem uczynić te właśnie duże, klimatyczne zdjęcia. W tym stylu za flagowe przykłady pięknych, dużych obrazków postawić mogę PaniąEkscelencję czy Fabrykę pikseli.
5. Czerń, biel i jeden wyrazisty kolor. To musi działać - popatrzcie na strony usług Google jak YouTube albo poczytne blogi jak Zombie Samurai(akurat tak się złożyło, że w obu przykładach wyrazistym kolorem jest czerwony). Ten układ nie wprowadza zamieszania za dużą ilością czcionek, witryny z zastosowaniem takiej kolorystyki zachowują pełny profesjonalizm.
6. Pixel-arty. Niczym Van Gogh odchodząc od pełnego realizmu zaczął zostawiać na obrazach ślady pędzla, ktoś genialny postanowił, że nic z tego, że mamy technologię pozwalającą na tworzenie obrazków, w których nie możemy tak łatwo rozróżnić poszczególnych pikseli - róbmy dalej takie, w których się da! Temu komuś jestem szalenie wdzięczna, zwłaszcza patrząc na przesłodkie lamy(i inne ikonki) na DeviantArt'cie. Może wynika to z sentymentu do Mario i innych gier Nintendo, które w pewien sposób budowały moje dzieciństwo(ach, Pokemony!).
7. Prostokąty z zaokrąglonymi brzegami. Ot, taki szczególik, który jeśli chodzi o buttony jest standardem. Nie mniej jednak podoba mi się to rozwiązanie, czyni strony przyjaźniejszymi. Widząc ten kształt od razu mam wrażenie, że twórca strony starał się, aby było mi wygodnie i prosto się po niej poruszać. Jest to tylko subiektywne odczucie, nie wiem, czy inni też tak mają, czy może w ogóle nie zwracają na to uwagi(podobnie jak jest z resztą punktów mojej listy).
Byłoby na tyle. Jeśli możecie, poinformujcie mnie, czy nie jestem zbyt drobiazgowa, albo stwórzcie własne zestawienie. Chciałabym też wiedzieć, jeśli tekst prawie wywołał na waszej twarzy uśmiech("prawie", bo szczerzenie się do monitora jest dość idiotyczne, jak mi się wydaje).
1. Czcionka Courier. Niektóre treści nią pisana mogą wydawać się zbyt oficjalne, a osoby jej używające zostać sklasyfikowane jako sztywne i staroświeckie, ale proszę was - Courier jest tak wspaniale retro! Czcionka maszynowa na nowoczesnych i minimalistycznych stronach to najpiękniejszy moim zdaniem przykład eklektyzmu, jaki tylko udało mi się zauważyć. Ach i ta elegancja, i automatyczne +10 do powagi tekstu.
2. Jednowymiarowość. Chodzi tu głównie o loga, ikony i symboliczne obrazki. Niezaprzeczalnie 3D to coś wspaniałego, ale osobiście nie uważam go za technologię odpowiednią do tworzenia sygnetów. Zdecydowanie bardziej podobają mi się one maksymalnie uproszczone i zbudowane z prostych kształtów na zasadzie skojarzeń, jak np. broda Kolumbijczyka(poza tym uwielbiam ją za to, że jest bardzo dowcipnym symbolem).
3. Minimalizm(albo po prostu porządek). Jasne, że nie wymagam, żeby portale informacyjne redukowały swoją zawartość do jednej ramki, ale 10 atakujących mnie zewsząd ruchomych pasków z informacjami, bajecznie kolorowych reklam zasłaniających treść i innych odwracających uwagę dupereli nie sprawi, że nie zostanę na tej stronie choćby sekundy dłużej! Tak samo zresztą jak tandetne gify powstawiane na siłę. Nie zawsze więcej znaczy lepiej!
4. Duże obrazki. No, rozmiar niestety ma znaczenie(oczywiście, jeśli idzie w parze z odpowiednią rozdzielczością) - zorientował się o tym już jakiś czas temu zespół Facebook'a dając nam do dyspozycji narzędzie zdjęcia w tle, a ostatnio wstawienia dużego zdjęcia na stronę wydarzenia. Od dawna wiedzą to też blogerki modowo-lifestyleowe, rezygnujące czasem z nadmiernie przykuwających uwagę banerów, by głównym kolorowym elementem uczynić te właśnie duże, klimatyczne zdjęcia. W tym stylu za flagowe przykłady pięknych, dużych obrazków postawić mogę PaniąEkscelencję czy Fabrykę pikseli.
5. Czerń, biel i jeden wyrazisty kolor. To musi działać - popatrzcie na strony usług Google jak YouTube albo poczytne blogi jak Zombie Samurai(akurat tak się złożyło, że w obu przykładach wyrazistym kolorem jest czerwony). Ten układ nie wprowadza zamieszania za dużą ilością czcionek, witryny z zastosowaniem takiej kolorystyki zachowują pełny profesjonalizm.
6. Pixel-arty. Niczym Van Gogh odchodząc od pełnego realizmu zaczął zostawiać na obrazach ślady pędzla, ktoś genialny postanowił, że nic z tego, że mamy technologię pozwalającą na tworzenie obrazków, w których nie możemy tak łatwo rozróżnić poszczególnych pikseli - róbmy dalej takie, w których się da! Temu komuś jestem szalenie wdzięczna, zwłaszcza patrząc na przesłodkie lamy(i inne ikonki) na DeviantArt'cie. Może wynika to z sentymentu do Mario i innych gier Nintendo, które w pewien sposób budowały moje dzieciństwo(ach, Pokemony!).
7. Prostokąty z zaokrąglonymi brzegami. Ot, taki szczególik, który jeśli chodzi o buttony jest standardem. Nie mniej jednak podoba mi się to rozwiązanie, czyni strony przyjaźniejszymi. Widząc ten kształt od razu mam wrażenie, że twórca strony starał się, aby było mi wygodnie i prosto się po niej poruszać. Jest to tylko subiektywne odczucie, nie wiem, czy inni też tak mają, czy może w ogóle nie zwracają na to uwagi(podobnie jak jest z resztą punktów mojej listy).
Byłoby na tyle. Jeśli możecie, poinformujcie mnie, czy nie jestem zbyt drobiazgowa, albo stwórzcie własne zestawienie. Chciałabym też wiedzieć, jeśli tekst prawie wywołał na waszej twarzy uśmiech("prawie", bo szczerzenie się do monitora jest dość idiotyczne, jak mi się wydaje).
20130106
Google wie o nas wszystko
Zdanie stwierdzające, że Google wie o nas więcej, niż sami o sobie wiemy, nie jest już uznawane za powód do entuzjastycznego okrzyku "Eureka!". Niejako przyzwyczailiśmy się do infiltracji i zwyczajnie nie pamiętamy o niej, radośnie podając korporacjom takim jak Facebook, czy ta wyżej wspomniana jeszcze więcej informacji o nas i o naszych znajomych(w artykule zamieszczonym w jednym z pism komputerowych czytałam, że nawet, gdybyśmy uwolnili się z tego rodzaju zabawy, to bliscy nam ludzie są w stanie podać ilość naszych danych wystarczających osobie, która chciałaby je jakoś wykorzystać - np. reklamodawcy; są to oczywiście badania bardzo rzetelnych "amerykańskich naukowców"). Jest to informacja powszechna na tyle, że nie trzeba już tego owijać w woale funkcji społecznościowych - wyżej wspomniane Google bezpośrednio informuje Cię, drogi użytkowniku, że czyta twoje maile i sprawdza co wyszukujesz, żeby wyświetlać ci reklamy zgodne z twoimi zainteresowaniami(jedyną ściema jest dodatek, że robi to dla twojego dobra i wygody).
Usługi i aplikacje brną coraz dalej - chcą docierać w jeszcze bardziej intymne strefy naszego życia. Przeglądając hity Android marketu trafiłam na - o zgrozo! - kalendarzyk miesiączkowy na smatfona! Opis deklaruje, że można zaznaczać w nim nie tylko trudne kobiece dni, ale i samopoczucie, objawy i nastrój w ich czasie. Dodatkowo algorytm prowadzi pełne statystyki(co znaczy, że aplikacja przewidzi wahania nastroju płci pięknej?) i powie nam kiedy powinnyśmy przygotować tabletki przeciwbólowe, a kiedy tonę słodyczy na chandrę. Dostęp do tych poufnych informacji na naszym telefonie oczywiście zaznaczyć możemy hasłem, ale jest również domyślna możliwość zrobienia kopii zapasowej na serwerze proponowanym przez aplikację(oczywiście po to, aby dane nie zostały bardziej lub mniej przypadkowo utracone).
Pojawia się pytanie, co jeśli algorytm jest szczególnie dobry(albo psychika i naturalne procesy zachodzące w ciele nie są jednak tak skomplikowane) i ktoś, na podstawie kilku miesięcy prowadzenia jakże praktycznego kalendarzyka będzie mógł określić z góry, jak czuję się w danym dniu? Czy będę bardziej skłonna kupić ser, bo mam wilczy apetyt, czy może tabletki, bo boli mnie głowa? Wiedza o tym, na co aktualnie człowiek ma ochotę(lub co byłby skłonny kupić w danej chwili) byłaby chyba szczytem marzeń każdego, kto ma coś na sprzedaż. Każdego człowieka stawiającego wolność wysoko w hierarchii potrzeb obrzydzi wizja tak daleko posuniętej manipulacji.
Z drugiej strony - czy to coś złego? Dostanę dokładnie to, czego potrzebuję dokładnie wtedy, kiedy tego potrzebuję. Zamiast sama myśleć na co mam ochotę, dostanę to podane na tacy! Nie zdążę się znudzić czy zmęczyć brakiem czegoś, bo algorytmy policzą co da mi szczęście w danej chwili. I nie wydaje mi się, żeby określenie "szczęście" było tu na wyrost, bo chociaż coś takiego byłoby spłyceniem człowieka do zwierzątka domowego, któremu trzeba dać jeść, spać i coś do pogryzienia nie bardzo nas unieszczęśliwia. Powszechnie wiadomo, że im kto bardziej się zastanawia nad życiem, wszechświatem i "tym wszystkim", tym większy z niego smutas.
Sporu moralnego nie da się jednoznacznie rozwiązać. Tak samo, jak czipy wszczepiane pod skórę nadgarstka wyższym sferom w Holandii. Są bardzo praktyczne - nie musisz nosić przy sobie dokumentów ani portfela, ale płacąc przelewasz jednocześnie swoje dane. Wymiana zdań może trwać tak jak roztrząsanie problemu monitoringu na ulicach - bezpieczeństwo przeciwko prywatności. Ale może warto się zastanowić, w którą stronę z tym wszystkim zmierzamy?
Subskrybuj:
Posty (Atom)